poniedziałek, 25 sierpnia 2014

II

Kiedy wybiła dziesiąta wraz z Erikiem porzuciliśmy wylegiwanie się na pastwisku pośród koni i ochoczo wyprowadziliśmy Aramisa i Apolla z pastwiska przywiązując ich na uwionzie do żerdzi. Przygotowaliśmy wszystko i wzięliśmy się za obrządek koni. Kiedy czyściłam konia moją uwagę przykuła zdarta skóra na szyj mego wierzchowca.
-Erik, chodź no tutaj. - machnęłam ręką na mojego kompana, który marszcząc brwi podszedł do mnie.
-Co jest? - pyta niepewnie. Wskazuję dłonią obtarcie. On od razu przyjmuje minę znawcy i nachyla się nad moim problemem. - Och to tylko powierzchownie, widzisz? - przykłada opuszek palca nieopodal obtarcia. - Pewnie obtarł się o żerdzie lub ewentualnie o drzewa, ma przecież do nich dostęp. Nie martw się, zrośnie się. - klepie mnie po ramieniu i wraca do Apolla. Patrzę jeszcze przez chwilę na rankę i zagryzając wargę wracam do czyszczenia. Kiedy biorę się za kopyta zauważam, że trzeba by je obciąć. Wzdycham, poproszę o to Pana Pawła. Wypadało by zrobić porządne obrządki w całym stadzie, zajmiemy się tym jutro lub we wtorek. Będzie to trzeba obgadać przy codziennym wspólnym śniadaniu. To taka tradycja, weszła nam już wszystkim w nawyk. Co ranka wszyscy: ja, Paweł, Erik i ciocia, ewentualnie wolontariusze zasiadamy przy stole na tarasie i jemy wspólne śniadanie omawiając plan dnia. Ile mamy jazd, kto co robi itp. Zarzuciłam Aramisowi siodło na grzbiet i zapięłam popręg, po chwili zakładałam już ogłowie. Erik zakończył wcześniej szykowanie i już lonżował Apolla, my poszliśmy za nimi. Lonżowaliśmy konie przez prawie pięć minut. Lubię patrzeć jak Aramis się poruszać, lekko i z gracją. Kiedy skończyliśmy, odłożyliśmy lonże i wybraliśmy się w teren. Zaczęliśmy od lasu, po drodze gawędząc. Konie szły stępa i na razie nam się nie śpieszyło. Dopiero jak poczułam, że Aramis zaczyna iść coraz wolnej przeliśmy do kłusa. Później trochę do galopu i znowu do kłusa no i do stępa. W końcu dotarliśmy do wyjścia na plaże, nie mogłam sobie odmówić. Zaczęły się wakacje a Aramis jeszcze w tym roku nie był na plaży.
-Może później ich puścimy aby trochę pobrykały? - pytam z nadzieją Erika, który uśmiecha się do mnie szeroko.
-Pewnie, przy okazji my też skorzystamy. - mruga do mnie a ja nie mogę ukryć dziecięcego podekscytowania. - O patrz, Alec. - wskazał dłonią, rzeczywiście Alex. Ale nie rozpoznawałam tej dziewczyny obok niego. Zmrużyłam oczy chcą dojrzeć lepiej, taak. Ewidentnie miała Araba.
-Kto to? - pytam kiwając na nich głową.
-No Alex. - mamroczę patrząc na mnie sceptycznie.
-Nie idioto, chodziło mi o dziewczynę. - Aramis porusza się pode mną niespokojnie wyczuwając moje zirytowanie i niechęć ale pewnie także ciekawy co to u licha za konie.
-Ach, Alec coś mówił. Sebastian to jej wujek. - wyjaśnia zwięźle a ja kiwam głową. Nawet lubię Sebastiana, ale.. no cóż. Według mnie ciocia i ten cały 'kowboj' do siebie nie pasują i tyle. Patrzę na zbliżające się postacie i mam ochotę odwrócić się z lekceważącą miną i odjechać. Widzę jak Apollo grzebie kopytem w ziemi a Erik klepie go po szyj. Alex i ta dziewczyna, zwalniają i zatrzymują się przed nami. Wymuszam na usta sztuczny uśmiech i mrużę oczy.
-Hej Alex. - uśmiecham się, lubię Alec'a. Porządny facet, można na nim polegać. Mamy se sobą trochę wspomnień i wspólnych wypadów w teren.
-Hej Diana, Erik. - uśmiecha się do nas. - Poznajcie Adeline.
-Del. - mówi tamta, patrząc na mnie odrobinę wyzywająco. A tej o co chodzi?
-Miło poznać, Del. - rzucam unosząc ironicznie brew. Aramis prycha i rzuca łbem jakby powiedziała coś zabawnego. Och, ten koń rozumie mnie w każdej sytuacji. Apollo robi kilka korków w tył i patrzy tęsknie ma morze. No tak ten tylko o jednym, nie zdziwiłabym się gdyby Erik myślał o tym samym. - Jak ci się podoba? - pytam przekrzywiając głowę i uśmiechając się złowrogo. Zazwyczaj większość osób tym wkurzam. Lubię sprawdzać ludzkie granice wytrzymałości psychicznej.
~*Del*~
Poklepałam Cavalię po szyi, mimo tej niezbyt miłej dla mnie konwersację musiała wiedzieć, że spisała się na medal. Próbowałam ukryć moją irytację Dianą, która pojawiła się od pierwszego spojrzenia na nią.
-Mieszkałam tu już trzynaście lat - powiedziałam jak najmniej zjadliwie. Nie chciałam sobie popsuć nią humoru.
-Tak? Nie widziałam cię - stwierdziła chyba wyczuwając moją niechęć. Sama z resztą nie była zadowolona moim pojawieniem się.
-Może wypadałoby kupić okulary? Pomogłyby ci na pewno dostrzec, że twój koń ma ranę na szyi - wzrok skierowałam na obtarcie. Nie wyglądało zabójczo, lecz z pewnością dało mi niewielką przewagę nad dziewczyną, która zaczerwieniła się lekko, z pewnością przez złość. Gdy skierowała na mnie wzrok jej oczy przypominały spojrzenie geparda czającego się na swoją ofiarę.
-Haha! Cała Del, jak zwykle zabawna! - Alec delikatnie potargał mi włosy na czubku głowy starając się tym rozluźnić nieco atmosferę i przeobrazić moją wypowiedź w żart.
-Urocza - syknęła Diana z wymalowanym uśmiechem na twarzy.
-Jak zawsze - wzruszyłam ramieniem z trumfem na twarzy.
-Diana, na nas już czas - powiedział nieco zakłopotany Erik.
-Tak, my też będziemy wracać - przytaknęłam.
-Miło było poznać - powiedziała Diana bez krzty entuzjazmu, czy chociażby zainteresowania. Ruszyłam i popędziłam Cavalię do kłusa. Klacz wdzięcznie biegła do drogi, a tuż obok niej Zefir z Aleciem.
-Zachowujesz się dziwnie - odezwał się chłopak, gdy oddaliliśmy się od plaży przerywając mi delektowanie się ciszą.
-O co ci chodzi? - zapytałam patrząc na niego z wyrzutem.
-O to, że waszą niechęć do siebie było widać z dwóch kilometrów! Zawsze tak poznajesz nowych ludzi?
-Tylko jeśli sobie na to zasłużyli...
-Ale Del, ty jej nie znasz. Jak możesz twierdzić, że jest taka, czy owaka? - zadał kolejne pytanie powodując wzrost mojej irytacji.
-Poznałam ją dziś.
Dalej jechaliśmy w idealnej ciszy. Jedynym dźwiękiem był odgłos kopyt uderzających o ubitą, piaszczystą ścieżkę. Najwidoczniej Alec miał już dość mojego zachowania, w którym nie widziałam zresztą nic dziwnego. Sam widział jak arab tej diany ma poranioną szyję. A może tylko ja byłam na tyle przewrażliwiona, by robić z obtarcia tyle hałasu? Raczej nie, każdy to widział. Gdy dojechaliśmy na tyły domu Sebastiana on czyścił Dove przed stajnią.
-O, jesteście już - poklepał delikatnie klacz po zadzie odrywając się od swojego zajęcia - Jak było?
-Gdyby nie pewna osoba, idealnie - odezwałam się jako pierwsza.
-Chyba się nie pokłóciliście? - zapytał powoli. Dobrze wiedział, że sprzeczki między mną, a Aleciem należały do rzadkości.
-Nie, skąd. Po prostu Diana z Erikiem byli na plaży - odparł chłopak zsiadając z konia. Zrobiłam to samo. Gdy stałam na ziemi poluzowałam popręg  Cavalii, po czym czule głaskałam ją po szyi i w okolicach chrap.
-I co? - Sebastian domagał się więcej wyjaśnień.
-Było gorzej niż źle - kontynuował mój przyjaciel - Dziewczyny nie wiedzieć czemu nieprzypadły sobie do gustu.
Godzina później
Po obiedzie wybrałam się na padok do Cavalii. Chciałam z nią przebywać jak najwięcej czasu. Co najwidoczniej nie było mi dane. Gdy usiadłam przy ogrodzeniu usłyszałam Sebastiana:
-Del wieczorem mamy kości! - krzyknął z balkonu
-Kogo? - zapytałam nieco ciszej, by nie spłoszyć koni. Jednak ani jeden nie wyczuł zagrożenia z mojej strony. Nawet Esmeralda.
-Elisabeth i Dianę! - zamurowało mnie. Liczyłam, że już nigdy nie zobaczę tej dziewczyny, a za kilka godzin miałam siedzieć z nią przy jednym stole?! Pogłaskałam Cavalię, która podeszła do mnie kilka minut wcześniej i podarowałam jej kostkę cukru. - Wracaj już i przebierz się! - Jasne, pędzę...Wyszłam z padoku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz