Musisz znaleźć coś, co lubisz w życiu robić i zacząć to robić.
Otworzyłam zamaszystym ruchem drzwi do stajni i z pogodnym uśmiechem skierowałam się w kierunku boksów. Dzień zapowiadał się bajecznie, słoneczko przyjemnie przygrzewało już o szóstej co zapowiadało pięknom pogodę. Otworzyłam wielkie drzwi na pastwisko aby do Stajni wpadło trochę światła. Konie zarżały wesoło i wystawiły łby zza drzwi boksów i niemal błagały o pieszczotę i wypuszczenie na świeże powietrze. Zmarszczyłam w zastanowieniu brwi. Gdzie się podziewał ten daktyl zwany Erikiem? Miał przyjechać wcześniej i mi pomóc, ciocia wybrała się do miasta na 'większe zakupy.' Już ja znałam te większe zakupy, wróci obładowana torbami a większość niż połowa rzeczy to dla koni. Uśmiechnęłam się kpiąco pod nosem. No cóż, dekl może się i spóźnia ale trzeba się brać do roboty. Podeszłam do pierwszego boksu od drzwi, Preria trąciła mnie łbem a ja z chichotem pogłaskałam ją. Otworzyłam boks i chwytając klacz za kantar wyprowadziłam ją z boksu. A później na pastwisko. Spojrzałam na słomę w boksie. No cóż, tym zajmie się już Erik. Skoro się spóźnia. Uśmiechnęłam się złowrogo pod nosem i wzięłam się za resztę zwierzaków. Kiedy byłam mniej więcej w połowie do Stajni wpadł Erik, akurat miałam otwierać boks Apolla. Koń zarżał radośnie na widok właściciela i zaczął grzebać nerwowo kopytem.
Boksy Aramisa i Erosa znajdują się na końcu, ale jakoś szczególnie mi to nie przeszkadzało. Kiedy w końcu do nich docieram, konie są zazwyczaj oburzone tym, że do nich jako pierwszych nie przyszłam. Konie swój rozum mają i widzą co się dzieje. Ale kiedy tylko otwieram boks rzucają się na mnie jak dzieci na cukierki. Zaczynają trącać łbem, ocierać i przymilać jak koty. Uśmiecham się i kiedy Aramis skończył już pokazówkę wyprowadzam go na pastwisko. Pędzi do stada, niemal cwałuje. Wracam po Erosa który został jako ostatni. Ten oczywiście domaga się wszystkiego na raz. I żeby go głaskać i żeby go wyprowadzić. Jejku, cóż za energiczny koń. Ale go kocham, uśmiecham się i całuję go pomiędzy chrapami. Rży radośnie a ja uśmiechając się szerzej puszczam go na pastwisko. Patrzę jak konie biegają jak szalone z radości.
-No wreszcie! - rzuciłam, mrużąc oczy. - Miej dobre wytłumaczenie, może ci pomogę przy gnoju.
-Musiałem zawieść mamę do pracy, auto jej się popsuło. - wzruszył nerwowo ramionami a ja westchnęłam.
-Dobra, bierz Apolla. Ja wezmę Arizonę. - machnęłam lekceważąco dłonią. Uśmiechnął się do mnie ukazując dołeczki w policzkach. Boże, słodko wyglądał. Odwzajemniłam gest. Tak właściwie to cieszyłam się, że Erik się zjawił. Mogę przynajmniej z nim pogadać, bo jak zwykle jadaczka mu się nie zamyka. Cały czas znajduje jakiś temat i w końcu wciąga i mnie. Erika nie da się zniechęcić, możesz go obrzucić gnojem a ten i tak będzie się szczerzył jak głupi do sera i nie da ci spokoju. Taki fant.
-No to jak, pomożesz? - obok mnie staje Erik i rzuca mi błagające spojrzenie.
-To tylko trzydzieści boksów, co to dla ciebie bohaterze? - unoszę ironicznie brew a ten posyła mi mordercze spojrzenie. - No dobra, chodź. - ulegam dość szybko powiedziecie. Ale spróbujcie mu odmówić. No cóż, w sumie to nie jego wina, że się spóźnił. Bierzemy się za robotę.
Kiedy kończymy i sprzątamy boksy moich wierzchowców do Stajni wkracza ciocia. Mówiłam! Wiedziałam, że się nie powstrzyma i kupi coś do stajni? Jak ja ją znam. Wnoszę oczy ku niebu i chwytam taczkę.
-Co kupiłaś? - pytam kiedy mnie mija i kieruje się do siodlarni.
-Cześć Diano, ciebie też miło widzieć. - posyła mi słodko-gorzki uśmiech.
-Och, daruj sobie! - warczę przez śmiech patrząc na nią przez ramię.
-Zobaczysz! - krzyczy z siodlarni a ja ze śmiechem wywożę gnój. Kiedy wracam Erik kończy rozsypywać świeżą słomę. Posyłam mu uśmiech i wchodzę do siodlarni zdejmując rękawiczki.
-No to jak? - pytam rzucając je na komodę z kaskami.
-No patrz. - wskazuje głową reklamówkę a sama bierze swój dziennik. Ja wzdycham i biorę reklamówkę. Otwieram i nie mogę powstrzymać uśmiechu który ciśnie mi się na usta. Wiedziałam, że się nie oprze. Wiedziałam. Wyjmuję jedno kartonowe pudełko na buty lekko je unosząc.
-Oszalałaś? - pytam groźnie. - Mam sztyblety, ciociu. - unoszę nogę do demonstracji stopy.
-Poprzecierane, dziury ci się porobią ile już je masz? - patrzy na mnie sceptycznie a ja się krzywię.
-No z trzy lata. - mruczę, patrząc podejrzliwie na pudełko. - Ale nie potrzebuję nowych. Te są dobre.
-Och ty zadumała sentymalistko. - kręci głową a rude loki skaczą na jej głowie, zapisuje coś w zeszyto-dzienniku.
-Istnieje takie słowo? - unoszę wysoko brwi.
-Teraz już tak. - uśmiecha się. - Powinny być dobre, możesz je sobie zostawić na jakieś ważniejsze imprezy. A po stajni chodzić w tych swoich. - kiwa głową na moje stopy.
-Ile dzisiaj? - pytam z ciężkim westchnieniem. - Będę miała chwilę odetchnienie na końskim grzbiecie czy raczej nie? - unoszę pytająco brew. Ciocia wzdycha.
-Dzisiaj twoich uczniów przybywa tylko piątka. Wszyscy po południu, możesz jechać o dziesiątej. I masz max. dwie godziny. Weź też Erika bo..
-Co ja? - chłopak staje w drzwiach i opiera się o framugę.
-Jedziesz z Dianą w teren. - oznajmia ciocia zdecydowanie.
-Teraz? - wydaje się być zaskoczony. - Mogliśmy ich w takim razie w ogóle nie wypuszczać.
-Nie, nie teraz. Teraz idźcie coś zjeść, na teren około dziesiątej. - wydaje rozkazy a my się podporządkowujemy. Oby dwoje skierowaliśmy się do domu. Zrobiliśmy sobie po omlecie z owocami - tak mam dobry dzień - i wyszliśmy na taras aby rozkoszować się wypiekami jak i piękną pogodą oraz widokiem na pastwisko. Widziałam jak ciocia przechodzi pod żerdziami aby pochodzić pomiędzy końmi. Zawsze tak robiła gdy miała czas, siadła sobie na pastwisku a konie nie mal ją powalały na ziemię. Ciocia miała już kilka swoich zwyczaj i przyzwyczajeń. Erik wciągną mnie w dyskusje na temat tego czy trzeba kupić nowe puśliska. Miał trochę racji stając przy tym, że to ważne a obecne są poprzecierane i w niedługim czasie pękną. Westchnęłam i obiecałam pogadać o tym z ciocią. Aczkolwiek wiem, że nie będzie to wcale takie łatwe on też wiedział. Mimo to, że jazd było dużo to utrzymanie trzydziestu koni, sześciu psiaków, pięciu kotów i siebie samych nie jest łatwe. Z pracowników jest tutaj także Pan Paweł, wesoły człowiek około czterdziestki. Uczestniczy bardzo aktywnie w życiu Stajni, pomaga nam jak tylko może. Chociaż jego pensja miesięczna nie jest wcale duża. Przynosi ze sobą kupę śmiechu i zabawy, traktuje go trochę tak jak wujka lub dziadka. A już na pewno tak jak członka rodziny.
~*Del*~
Patrzę nieprzytomnie na rozmazany krajobraz zza szyby samochodu. Co jakiś czas zerkam za siebie, by mieć stuprocentową pewność, że przyczepa z Cavalią nadal sunie po asfalcie podpięta do auta. Rodzice jak to już od pewnego czasu dyskutują o tym kiedy mam wrócić do Norwegii. Szczerze nie mam nic przeciwko nowemu domu, przyzwyczaiłam się do niego. Nie chciałabym go opuszczać na dłuższy czas. Jednak stary w Polsce i rancho mojego wujka, Sebstiana stanowi dla mnie raj na ziemi. Dlatego pragnę zostać tam do końca wakacji. To ostatni termin według rodziców. Ja wyznaczyłam granicę do grudnia, chociaż mogłabym zostać tam cały rok. Jedyny problem to liceum. Jakbyśmy chcieli zagłębiać się w moją fascynującą historię dowiedzielibyście się, że moim marzeniem było technikum w Janowie Podlaskim. Ale cóż...Bynajmniej w przyszłości i tak zamierzam mieć własną stajnię i zdobyć wykształcenie instruktorki. Albo na dobre zostać w Polsce i pomagać Sebastianowi w interesie (tak, zwracam się do niego po imieniu). EWENTUALNIE, chociaż i tak w to wątpię pokierować swoje kroki na studia teatrologiczne.
-ADELINE! - słyszę krzyk mojej mamy. Spojrzałam szybko na jej głowę wystającą zza siedzenia pasażera. Użyła mojego pełnego imienia, musiało się coś stać.
-Tak? - pytam kulturalnie. Dopiero w tej chwili przypominam sobie, że mam słuchawki w uszach, z których wciąż wydobywa się głośna muzyka. Pospiesznie je wyjmuję.
-Słuchasz nas w ogóle? - pyta zniżając nieco ton głosu.
-Jak zwykle wspieraliście się kiedy mam wrócić - wypowiadam wszystko precyzyjnie, tak, gdybym miała mówić te kilka słów przez cały czas. Mama westchnęła. Co znów nie tak?!
-Podjęliśmy decyzję, że datę twojego powrotu ustalimy dopiero w sierpniu - wyjaśnił tata nie odrywając wzrok od jezdni. Czemu ta informacja mnie nie dziwi...
-Jasne...- rzucam niedbale nie okazując żadnych emocji.
-Del, w Polsce zlokalizowaliśmy liceum o podobnym zakresie jak to, w którym dotychczas się uczyłaś. Jeśli zechcesz i Sebastian nie będzie mieć nic przeciwko zostaniesz na dłużej niż na wakacje. Ale to są tylko wstępne plany - przestrzegła mama, oparła się o fotel, a w lusterku dostrzegłam, że jej kąciki ust powędrowały lekko ku górze. Miała świadomość, że sprawiła mi tym przyjemność i to niewyobrażalnie ogromną.
-Dziękuje! - rzuciłabym się im na szyję, ale tata prowadzi, a mnie przytrzymują pasy.
Reszta podróży zleciała szybko. Nie mogłam się doczekać spotkania ze wszystkimi z Perłowego Wzgórza. Ciekawiło mnie, czy są jacyś nowi uczniowie, przez rok na pewno ich przybyło.
Gdy dojechaliśmy pod dom Sebastiana on już czekał przed czarną, gustowną furtą zabraną spod willi lat dziesiątych XX wieku. Jego dom z zewnątrz przypominał te same czasy. Wyglądał jak mały biały zamek z dachem w miedzianym odcieniu. Balkony, tarasy i werandy dodawały mu uroku. Przed domem znajdowała się obszerna ścieżka wykonana z szarej kostki brukowej. Po obu jej stronach Sebastian posadził różane krzaczki. Kolejną 'warstwą' była zwyczajna zielona trawa, a przy samym ogrodzeniu posesji rosły duże drzewa owocowe takie jak jabłonie, grusze, wiśnie. Zwykły przechodzeń z pewnością w życiu nie wpadłby na to, że za tym pięknym domem znajduje się najprawdziwsze rancho przypominające westernowe filmy. Ja o tym dobrze wiedziałam i ten kontrast mnie zachwycał.
-Witajcie, kochani! - Sebastian obściskał mamę, swoją siostrę i uścisnął dłoń taty poklepując go po ramieniu.
-Cześć Sebastian! - wygramoliłam się z samochodu zabierając ze sobą podręczną torbę. Podbiegłam do niego z otwartymi ramionami, a on przytulił mnie czule.
-Urosłaś - powiedział, gdy już się puściliśmy.
-Aż dziwne, nieprawdaż? - skomentowałam to z sarkastycznym uśmiechem.
-Chyba już nie dosiądziesz Dove - mówił o małym haflingerze zamieszkującym rancho.
-Będę musiała to przeboleć - odparłam z szczerym żalem w głosie.
-Ale przecież to nie znaczy, że nie będziesz mogła prowadzić z nią lekcji. Liczę na twoją pomoc przy uczniach. Alec pewnego dnia straci do tego cierpliwość - zaśmiał się na wspomnienie spred dwóch lat. Wciąż było ono jednak aktualne. Gdy tylko przychodzi czas na kupno toczku, bądź uwiązu zawsze ktoś z rancha mówi coś w stylu "No tak, ale przecież musimy spytać naszego stylistę. Alec jaki kolor modny w tym sezonie?" wtedy wszyscy wybychamy śmiechem. Skąd to zachowanie? Pewnego dnia na lekcji siedmioletni chłopiec bardzo się smucił, gdy zauważył różowy czaprak Dove. Przecież prawdziwy mężczyzna musi dosiadać szybkiego, karego ogiera z czarnymi gadżetami. Typowe zachowanie dla młodych jeźdźców, którzy nie mają pojęcia do czego służy lonża. Właśnie wtedy do akcji wkroczył Alec, syn znajomego Sebastiana, który jest nieodłącznym elementem rancha. Mówił, że on też jeździ na Dove i jej różowy czaprak jest po prostu fantastyczny! Miękki i taki męski. Oraz, że to trend w tym roku i wszyscy chcą taki mieć. Młody przekonał się i zafundował Alecowi piętnastominutową jazdę na Dove -aby biedulkę nie przemęczać- po plaży w różowym kasku podczas gdy siedmiolatek z Sebastianem u boku prowadził klaczkę na uwiązie. Alec najadł się wstydu, a my mieliśmy ubaw po pachy.
-Jasne! - wykrzyknęłam z entuzjazmem. Sebastian zarządził, że po rozładunku Cavalii i umieszczeniu ją na pastwisku on przygotuje swoją słynną zapiekankę z makaronu przy czym porozmawia z rodzicami, a ja rozpakuję się w pokoju na górze. Uwielbiałam to pomieszczenia, od zawsze stanowiło mój własny, prywatny kąt i podczas mojej nieobecności stało puste. Czarne ściany ozdobione pomarańczowymi kwiatami przez cały czas mnie zachwycały. Śmieszne, w końcu to tylko ściany. Najbardziej podobała mi się ta, przy której znajdowało się duże łoże z baldachimem. Była oma zakryta wielką fototapetą, na której malował się zachód słońca nad morzem. Poza nim znajdowały się na niej czarne postacie - dziewczyna w kowbojskim kapeluszu i dwa konie. Dziewczyną była piętnastoletnia ja. Jednym z koni moja ukochana, siwa Cavalia, a drugim Zefir, kasztan Aleca, autora zdjęcia. Resztę pokoju zajmowała komoda przy łóżku, nocny stolik, duża szafa, biurko oraz różnej wielkości szuflady, szafki i półki. Środkowe miejsce pokoju zajmował brązowo-kremowy, puchaty dywan. Miło się na nim leżało. Na przeciw drzwi do pokoju znajdowały się kolejne, duże, prowadzące na równie duży balkon. Rozpakowanie wszystkich walizek zajęło mi sporo czasu, więc kiedy już skończyłam i zeszłam na dół Sebastian nakładał na talerze swoje danie. Zasiadłam przy dużym stole w jadalni na staromodnym krześle. Z tego co wiem Sebastian odziedziczył ten dom po jakimś prapradziadku, który odziedziczył go po swoim prapradziadku i tak dalej...Stąd te wszystkie, niecodzienne meble i ozdoby.
Po obiedzie i rozmowie pożegnaliśmy rodziców. Wraz z Sebastianem gawędziłam o wszystkim. Dziś była niedziela, mogliśmy sobie na to pozwolić, w tym dniu Sebastian nie zajmował się lekcjami, gdyż się nie odbywały. Dwie godziny później do domu wpadł Alec.
-Del już jesteś! - powiedział głośniej niż normalnie z rozszerzonymi oczami. Czyżby był zdziwiony z tego powodu? Zaśmiałam się i rzuciłam mu na szyję. Uścisnął mnie serdecznie i pocałował przelotnie w policzek na powitanie, ja uczyniłam to samo.
-Dobra, młodzieży, chyba nie zamierzacie spędzić takiego dnia na kanapie przed telewizorem? - zapytał z rozbawieniem Sebastian.
-Oczywiście, że nie! - Alec wziął mnie na ręce i przerzucił mnie przez ramię jak porywacz królewnę. Tak, chciałabym tak wyglądać. W rzeczywistości sprawiałam wrażenie worka ziemniaków! - Zabieram Del w teren! - oznajmił dumnie wychodząc z domu ze mną na ramieniu. Usłyszeliśmy za sobą serdeczny śmiech Sebastiana. Chłopak postawił mnie dopiero przed stajnią. Gdy spojrzałam na niego wydawał się kompletnie innym człowiekiem niż sprzed roku. Jego rysy twarzy zakryły ufną buzię chłopczyka. Na jej miejsce pojawiła się maska dorosłego mężczyzny, chociaż i tak widziałam w jego oczach młodzieńczy czar. W tej chwili byłam dumna, że mam za przyjaciela takiego chłopaka. Mądrego, przystojnego koniarza. Aż trudno było uwierzyć, że był ode mnie tylko rok starszy. Wyglądałam przy nim jak porcelanowa lalka. Po zabranie sprzętu koni i ich ekwipunku z siodlarni ruszyliśmy w stronę boksów. Skręciliśmy w lewo, gdzie na końcu znajdowała się wielka brama - wyjście ze stajni, które prowadziło na pastwisko. Przeszliśmy pod żerdziami ogradzającymi je. Bez trudu odnalazłam w stadzie koni Cavalię przy jeziorze. Alec nie miał tyle szczęścia. Zanim zlokalizował Zefira pasącego się wśród drzew ja już prowadziłam swoją klacz na uwiązie do stajni. Przez ten czas sporo się dowiedziałam o życiu rancha pod moją nieobecność.
Wcześniej słyszałam, że Sebastian ma dziewczynę, już prawie rok. Uroczą Elisabeth Stone. Nie wiem czemu, ale na myśl o tej kobiecie wnętrzności wywracały mi się do góry nogami. Nic dziwnego, że Alec zdziwił się, gdy podczas czyszczenia kopyt koni przerwałam mu w momencie kiedy wspomniał o Elisabeth.
Wcześniej słyszałam, że Sebastian ma dziewczynę, już prawie rok. Uroczą Elisabeth Stone. Nie wiem czemu, ale na myśl o tej kobiecie wnętrzności wywracały mi się do góry nogami. Nic dziwnego, że Alec zdziwił się, gdy podczas czyszczenia kopyt koni przerwałam mu w momencie kiedy wspomniał o Elisabeth.
-Ej, jesteś zazdrosna? - zaśmiał się po złożeniu mojego zachowania w całość.
-Coś ty! - fuknęłam. Jak w ogóle mógł mi to zarzucić!
-Dobra, nie ważne - zakończył temat. Pewnie wiedział, że zapowiadało się na dłuższą dyskusję. Po osiodłaniu koni lonżowaliśmy je chwilę na padoku, a następnie podpięliśmy popręgi i wsiedliśmy. Na początek skierowaliśmy się wolnym stępem do lasu. Gdy już konie pod nami się rozluźniły i my zresztą też popędziliśmy je do galopu. Alec tak jak ja był zdania, że palcat nie jest jeźdźcowi do szczęścia potrzebny, więc Zefir doskonale reagował na łydki. Po półgodzinnym galopie z drobnymi przerwami przeszliśmy do kłusa i wjechaliśmy na plaże. Od razu w moje oczy rzuciły się dwie osoby na koniach.
-Kto to? - zapytałam wskazując głową owych ludzi.
-Ach to Diana i Erik. Diana to siostrzenica Elisabeth. Z pewnością jeszcze nie raz ją zobaczysz w domu Sebastiana - Po tej wypowiedzi cała się zagotowałam. Musiałam nieświadomie naprężyć mięśnie, bo Cavalia zatrzymała się nagle.
-Coś nie tak? - Alec też się zatrzymał troskliwie na mnie patrząc.
-Nie, wszystko w porządku - rzuciłam ruszając. Od razu pogoniłam Cavalię do galopu w stronę Diany i Erika. - Chodź, zapoznam się - rzuciłam w stronę Aleca uśmiechając się do siebie wyzywająco.

Oto Pierwszy rozdział przygód Diany i Del. Liczę, że długość nie zniechęci Was do czytania c:
Pozdrawiamy!
Pozdrawiamy!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz